Dzień z życia warszawskiej matki
6:20 dzwoni budzik. Nie mogę otworzyć oczu. Młodszy wstawał
z 4 razy w nocy, to się nie wyspałam. 6:35 zwlekam się z łóżka. Dzieci się same
nie ubiorą i nie wyprawią do
żłobka/przedszkola. Nastawiam wodę, idę do łazienki, coś na siebie narzucam, byle
nie wyjściowego, bo dzieciaki jeszcze utytłają. Szykuję ubrania, ubieram
starszą „na śpiocha” przy wtórze jęków, że „nie chcę wstawać, nie idę do
przedszkola”. Ubieram młodszego. W międzyczasie zalewam przestygniętą już wodą
owsiankę i saszetkę herbaty.
7:15 cieszę się, że tak szybko poszło.
7:35 w końcu wszyscy wychodzą wyekwipowani w kanapki i raczej dobry humor. Ubieram się, robię makijaż, wypakowuję naczynia ze zmywarki, zapakowuję brudne, wrzucam wełniane rzeczy do pralki licząc, że po powrocie je wstawię.
8:10 w pośpiechu wybiegam z domu. Autobus, pociąg na drugą stronę Wisły, szybki marsz. W pobliskiej Stonce kupuję sok wielowarzywny, jakby mnie głód przycisnął.
9:00 zaczynam pracę i robię herbatę. Telefony, praca bieżąca, koncepcyjna. Dziś środa, zaczęłam pracę w poniedziałek i wciąż nie mam żadnego sukcesu na koncie. (Kto nam wmówił, że mamy od pierwszych dni w pracy mieć 200% sukcesu?)
16:30 wybiegam z pracy pół godziny wcześniej niż powinnam (spokojnie, wczoraj już odpracowałam te pół godziny). W oddali jeszcze słyszę rozmowę telefoniczną koleżanki z szefem, że pączki, które miały przyjechać na próbę dla klienta, będą dopiero za 20 min i co ona ma zrobić, żeby do jutra były świeże o.O Biegnę na tramwaj, żeby dojechać do żłobka. Będzie za 4 minuty, zdążę. Czekam. Powinien być 5 minut temu. Mąż uświadamia mnie, że może to przez szczyt bezpieczeństwa mój tramwaj jeszcze nie dotarł na Pragę, więc jak ma mnie z Pragi zabrać, skoro jeszcze nie przyjechał. Biegnę na pociąg, ten na pewno nie będzie stał w korku. W aplikacji Transity sprawdzam, gdzie rzeczywiście są autobusy i tramwaje (aplikacja sprawdza to po GPS). No są. Wszystkie stoją pod Palmą w kosmicznym korku. I ja się dziwiłam, że nie ma mojego tramwaju. Już się nie dziwię. Wybiegam z dworca i jeden przystanek przechodzę piechotą. Cały czas jestem na telefonie z mężem, który z Gocławia jedzie po córkę do przedszkola, a potem z nią na basen. Jeden przystanek podjeżdżam autobusem. Do żłobka wpadam o:
17:35 teoretycznie 5 min po zamknięciu żłobka. Zmęczona bieganiem, ciężarem torby i drugiej torby ze służbowym laptopem. Wita mnie Pani, która serwuje mi tekst: „No tak nie może być! Ja rozumiem szczyt, ale Józio ZAWSZE wychodzi jako ostatni z całego żłobka”. No i kurde przez moment czuję się jak najgorsza matka. Bo może powinnam rzucić pracę i odbierać dziecko o 15:00. Tak żeby nikt do tej 17:30 nie musiał siedzieć. Bo przecież płacą im za 8h, one przepracują mniej i hop! Kasa się zgadza, a pracy mniej. Ubieram syna, pakuję w wózek i jadę do domu. Próbuję się nie rozpłakać, bo przecież chcę dobrze dla moich dzieci, tylko życie jest takie, jakie jest. Cycki pękają od mleka. Przecież ssak siedział 2 tygodnie w domu ze mną i z zapaleniem płuc i non stop wisiał na cycu i teraz efekt.
18:10 jestem w domu. Córka 10 minut temu zaczęła zajęcia pływania na lokalnym basenie. Syn zawisa na piersi. Ja piszę ten tekst. Zmywarka kończy myć. Jeszcze tylko nastawić pralkę, zdąć ubrania z suszarki, przygotować kolację, żeby mogli zjeść jak wrócą. Może tylko tyłki umyją i pójdą spać. Ale pewnie jak zawsze trzeba będzie ich uśpić i potrwa to z 45 minut. Zasną koło 9, a ja padnę na twarz zaraz po nich, bo Bogu dzięki nie muszę robić obiadu na jutro. Ot i tak to wygląda. A gdzie czas dla dzieci? Dla męża? A dla siebie?
Komentarze
Prześlij komentarz